Z Champions League do Championship. Czy Tottenham spadnie?

Z Champions League do Championship. Czy Tottenham spadnie?

15 marca 2026

Jedno z głównych pytań na końcówkę sezonu w Premier League brzmi: czy Tottenham z niej spadnie? Koguty są poważnie zagrożone.

Nowy Rok witali na 11. miejscu w lidze. Piłkarze nie byli w szampańskich nastrojach, ale nikomu nie przyszło do głowy, że Tottenham może mieć problemy z utrzymaniem. Przecież mieli wtedy aż 12 punktów przewagi nad strefą spadkową i już w styczniu menedżer Thomas Frank, wraz z podopiecznymi, planował marsz w górę tabeli oraz walkę o europejskie puchary.

Czy Tottenham spadnie?

Tymczasem w 2026 roku pozostają „Koguty” – jako jedyne w Premier League – bez zwycięstwa. Cztery remisy i siedem porażek, w tym aż pięć z rzędu, sprawiły zjazd w tabeli na 16. Miejsce. Do rejonu zagrożenia przybliżyli się londyńczycy na odległość zaledwie punktu! Czy rzeczywiście dziś zespół z Tottenham Hotspur Stadium jest – jak uważa wielu ekspertów — najsłabszy w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii? Czy rozważania na temat przyszłego sezonu, w którym Tottenham mógłby rywalizować w Championship, są zasadne? Wreszcie czy taki najczarniejszy scenariusz naprawdę może się spełnić?

Najgorzej od pół wieku

Już w ubiegłym sezonie Tottenham zajął dopiero 17. miejsce w Premier League. Najgorsze w lidze od 48 lat! Ale choć Ange Postecoglou, australijski menedżer, stracił z tego powodu posadę, potraktowano to niepowodzenie jako wypadek przy pracy. No bo w końcu potrafiły „Koguty” w tym samym czasie wygrać Ligę Europy i dzięki temu awansować do Ligi Mistrzów. Czyli grać skutecznie w piłkę nożną „Spurs” nie zapomnieli.

Początek tego sezonu nie zapowiadał gwałtownego załamania wyników. Tottenham w meczu o Superpuchar Europy postraszył Paris St. Germain, ulegając dopiero po serii rzutów karnych, a w Premier League odniósł zwycięstwo nad Burnley, pokonał na wyjeździe Manchester City i zajmował w tabeli trzecie miejsce. Oznak zachłyśnięcia się tymi wynikami ani u menedżera, ani u piłkarzy, nie zauważono. Wszyscy wszak zdawali sobie sprawę, że wcześniej czy później poważne kontuzje kluczowych zawodników m.in. Jamesa Maddisona, Dejana Kulusevsky’ego, czy Dominika Solankego, a później także Mohameda Kudusa, muszą odbić się na rezultatach.

Co ciekawe, tak jak w poprzednim sezonie, Tottenhamowi znacznie lepiej wiedzie się w Europie niż na krajowym podwórku. Nie ma bowiem w Champions League zespołu, który tak fatalnie spisuje się w rodzimych rozgrywkach. Przecież stołeczne „Koguty” fazę zasadniczą Ligi Mistrzów zakończyły na 4. miejscu, a tylko Arsenal stracił w niej mniej goli. Dopiero porażka 2:5 w pierwszym meczu 1/8 finału LM z Atletico w Madrycie prawdopodobnie zakończy europejską przygodę stołecznego zespołu. A na Wyspach? Szybko odpadł Tottenham z Pucharu Ligi i Pucharu Anglii, a w Premier League bije go ostatnio, kto chce i gdzie chce. A już najgorzej spisują się „Spurs” u siebie. Pod względem punktowych zdobyczy w roli gospodarza już są w strefie spadkowej.

Pożegnanie Franka

Po kolejnej wpadce na własnym stadionie, w lutym z Newcastle (1:2), stracił pracę Thomas Frank. Wprawdzie na pomeczowej konferencji pytany o przyszłość zapewniał, że „na tysiąc procent” poprowadzi „Koguty” w derbach z Arsenalem, Prezesi Peter Charrington i Vinai Venkatesham oraz Johan Lange, dyrektor sportowy, nie pozwolili mu dotrzymać słowa. Posłuchali kibiców, którzy po porażce ze „Srokami” skandowali w kierunku menedżera: „jutro rano zostaniesz zwolniony”.

Franka zastąpił – na razie tymczasowo – Igor Tudor, który „na dzień dobry” zszedł z… tysiąca do stu procent. Obiecał właśnie „na sto procent” utrzymać Tottenham w Premier League. Tyle że po trzech porażkach z rzędu w lidze, w których jego zespół stracił aż dziewięć bramek, do tego celu Tottenham z pewnością się nie przybliżył…

Chaotycznie do kwadratu: czy Tottenham spadnie?

Angielscy dziennikarze piszą, że pod wodzą chorwackiego menedżera „Spurs” grają jeszcze bardziej „shambolic”, czyli — w wolnym tłumaczeniu — chaotycznie do kwadratu. Defensywa sadzi błąd za błędem, napastnicy — poza Richarlisonem — nie strzelają goli, a pomocnicy nie umieją uporządkować gry zespołu. Tudor eksperymentuje ze składem, zmienia piłkarzom pozycje, ustawieniem zespołu zaskakuje nawet swoich zawodników. Ale z wystawieniem Antonina Kinsky’ego w bramce w meczu z Atletico (Czech nie grał ponad cztery miesiące) to już na pewno przesadził. Tottenham, po raz pierwszy w historii, przegrał właśnie szósty mecz z rzędu…

Władzom stołecznego klubu odradzano zatrudnianie „tymczasowego” i czekanie aż do lata na powrót, i to wcale nie taki pewny, Mauricio Pochettino, który dziś jest selekcjonerem reprezentacji USA. Podpowiadali bossom Tottenhamu kandydaturę Roberto de Zerbiego, zwolnionego właśnie z Olympique Marsylia, który ze względu na wcześniejszą pracę z Brightonem ma na Wyspach dobrą opinię. Zdecydowano się na jednak Tudora, który, owszem, grał z powodzeniem w piłkę w Juventusie, m.in. u boku Zinedine’a Zidane’a i Didiera Deschampsa, z reprezentacją wywalczył medal w mistrzostwach świata w 1998 r. we Francji, ale jako trener osiągnięć, poza Pucharem Chorwacji (z Dinamem Zagrzeb) kilkanaście lat temu nie ma. Podjęto więc w klubie duże ryzyko, a ocenia się, że gra przez choćby jeden sezon w Championship, a nie w Premier League, to strata co najmniej 100 milionów funtów.

Zawodzący lider

Ale stawianie Tudora na czele tych, którzy w największym stopniu przyczynili się do kryzysu Tottenhamu, byłoby niesprawiedliwe. Gdy kapitan „Kogutów”, Cristian Romero w meczu z Manchesterem United brutalnie faulował Casemiro, za co obejrzał czerwoną kartkę (po raz drugi w sezonie!), Tudora jeszcze w klubie nie było. Argentyńczyka zdyskwalifikowano na cztery mecze (wszystkie „Spurs” przegrali). Kapitan z nowym menedżerem spotykał się więc do tej pory tylko na treningach. Umiejętności piłkarskich nikt Romero nie odbiera. Lecz w sytuacji, gdy zawodnik nie potrafi na boisku zapanować nad emocjami, trudno nazwać go liderem z prawdziwego zdarzenia. A po Harry’ego Kane’a i Son Heung-mina, to właśnie argentyński mistrz świata miał liderować zespołowi.

Przespane okna transferowe

— W Tottenhamie myślą, że są wielkim klubem, ale tak nie działają. Gdy w moim pierwszym sezonie zajęliśmy piąte miejsce, chciałem wzmocnić zespół. Zaproponowałem transfery Bryana Mbuemo, Antoine’a Semenyo, Marca Guehiego i Pedro Neto. Sprowadziliśmy zaś Dominica Solanke, który nie zawodzi, oraz młodych, choć z pewnością utalentowanych: Lucasa Bergvala, Wilsona Odoberta i Archiego Graya, którzy nie byli przygotowani na występy w Premier League – wspomina Postecoglou.

A kolejne sesje transferowe też niespecjalnie poprawiły sytuację kadrową. Zagięto parol na Eberechiego Ezego, Savinho, Maghnesa Akliouche’a, a ostatnio na Andy’ego Robertsona. Skończyło się zaś na Xavim Simonsie, Randalu Kolo Muanim, Connorze Gallagherze i Souzie. Na miarę oczekiwań gra z „nowych” tylko Kudus, na którego wydano 55 milionów funtów. Ale od dwóch miesięcy były skrzydłowy West Hamu leczy kontuzję…

Spadek po pół wieku?

W najbliższy weekend Tottenham zagra na Anfield z Liverpoolem. Pewnie znów bez dziesięciu lub więcej ważnych piłkarzy. Do kontuzjowanych dołączy bowiem jeszcze obrońca Micky Van de Ven, pauzujący za czerwoną kartkę. Prawdopodobieństwo porażki „Kogutów” i obsunięcia się do strefy spadkowej nie jest więc wcale takie małe. Kibice zastanawiają się, czy kolejny sezon Tottenhamu będzie 49. z rzędu w najwyższej klasie rozgrywkowej, czy pierwszym, po blisko pół wieku, na jej zapleczu. Mniej przejmują się natomiast przyszłością Tudora. A co z meczami z rywalami z zagranicy? Tu nic się nie zmieni, przecież w Championship występują zarówno Cardiff City, jak i Swansea – wyzłośliwiają się kibice Arsenalu.

Udostępnij

Już przeczytane? Daj znać co myślisz o tym artykule!

Komentując akceptujesz regulamin.

GośćZmień
0/500