Jak nie zarządzać klubem piłkarskim: Manchester United

Jak nie zarządzać klubem piłkarskim: Manchester United

16 stycznia 2026

Zwolnienie Rubena Amorima to kolejny rozdział w studium przypadku: jak nie zarządzać klubem piłkarskim. Prezentuje Manchester United.

Aby zrozumieć, co obecnie dzieje się w Manchesterze, należy zapoznać się ze studium przypadku pod tytułem „jak nie zarządzać klubem piłkarskim”. Pod koniec 2023 roku na Old Trafford pojawił się nowy akcjonariusz. Sir Jim Ratcliffe, jeden z najbogatszych Brytyjczyków. Rodzina Glazerów pozostała większościowym udziałowcem klubu, ale scedowała na INEOS (firmę Ratcliffe’a) zarządzanie sprawami piłkarskimi. Wśród kibiców „Czerwonych Diabłów” powiało optymizmem. Wszak INEOS to gigant branży chemicznej, więc raczej znają się tam na zarządzaniu. Poza tym chyba nie mogło być gorzej niż za Glazerów, prawda?

Kadencja Erika ten Haga: zwolnienie odroczone w czasie

Okazało się jednak, że łatwiej odnosić sukcesy w biznesie, niż przywrócić blask klubowi piłkarskiemu. Odkąd INEOS wszedł do biur na Old Trafford, wokół Erika ten Haga, ówczesnego menedżera United, kłębiły się ciemne chmury. Drużyna zakończyła sezon 2023/24 na rozczarowującym ósmym miejscu. Tyle że sięgnęła po Puchar Anglii, pokonując w finale Manchester City i rzutem na taśmę wywalczyła przepustkę do europejskich pucharów (Ligi Europy).

Dzięki temu triumfowi kwestionowany ten Hag otrzymał przedłużenie kontraktu, nowych piłkarzy za około 200 milionów funtów… i dymisję po dziewięciu kolejkach sezonu 2024/25. Decyzję o zwolnieniu Holendra podjął nowy tandem zarządców United: Omar Berrada (prezes skaperowany z Manchesteru City) i Dan Ashworth (dyrektor sportowy „wyciągnięty” z Newcastle). Obaj zastali ten Haga z nowym kontraktem, więc początkowo go wspierali. Ale już pod koniec października zdanie zmienili.

Kandydat Ruben Amorim: za i przeciw

Następcą Holendra został Ruben Amorim. Portugalczyk odnosił niemałe sukcesy na krajowym podwórku ze Sportingiem (dwa mistrzostwa i dwa Puchary Portugalii), a w swoim przedostatnim meczu w roli trenera „Lwów” rozbił w Lidze Mistrzów Manchester City. Wszyscy wiedzieli jednak, że Amorim stosuje ustawienie 3-4-3. Pojawiały się zasadne pytania, czy jego system sprawdzi się w najbardziej wymagającej lidze świata.

Odpowiedź Ashwortha była negatywna. Dyrektor sportowy ostrzegał, że United nie mają piłkarzy pod system 3-4-3. Jego zdaniem długofalową przebudowę kadry należało powierzyć komuś bardziej doświadczonemu – jak Eddie Howe (menedżer Newcastle), czy Gareth Southgate (były selekcjoner reprezentacji Anglii). Efekt? Ashworth został odsunięty na boczny tor i pożegnany na początku grudnia. Jego posadę przejął Jason Wilcox (wraz z Berradą i Ratcliffe’em zwolennik zatrudnienia Amorima), dotychczasowy dyrektor techniczny United.

Era Rubena Amorima: kompromitacja goni kompromitację

Pod wodzą portugalskiego szkoleniowca United zajęli zawstydzające 15. miejsce na koniec sezonu 2024/25. Wcześniej, w erze Premier League, nigdy nie kończyli rozgrywek poniżej 8. Pozycji. Mowa przecież o klubie, który w latach 1992-2013 ani razu nie spadł z ligowego podium!

Na domiar złego „Czerwone Diabły” przegrały w finale Ligi Europy z Tottenhamem (naczelnym „zero tituli” angielskiego futbolu), przez co w nowym sezonie zostały ograniczone wyłącznie do występów w lidze i krajowych pucharach. Nie przeszkodziło to w wydaniu 250 milionów funtów na transfery w letnim okienku. Nowi piłkarze nie uchronili jednak klubu od kolejnej kompromitacji, czyli odpadnięcia z Pucharu Ligi z czwartoligowym Grimsby Town.

Co prawda Nowy Rok United przywitali na szóstym miejscu w ligowej stawce, ze stratą dwóch punktów do czwartego Liverpoolu, ale w okresie grudniowo-styczniowym zanotowali mnóstwo rozczarowujących remisów z ekipami z dolnej części tabeli. Co gorsza dla siebie, Amorim kurczowo trzymał się ustawienia 3-4-3. Kiedy wreszcie przestawił zespół na czwórkę z tyłu, w Boxing Day pokonał Newcastle, by w następnym meczu przeciwko Wolverhampton, czerwonej latarni ligi, wrócić do 3-4-3 i skompromitować się remisem 1:1.

Kolejny podział punktów – tym razem na boisku beniaminka z Leeds – przelał czarę goryczy. Amorim stwierdził na pomeczowej konferencji prasowej, że został zatrudniony jako menedżer, a nie trener i że będzie trzymał się tej roli aż do zakończenia swojego kontraktu. Można więc było przypuszczać, że posada Portugalczyka wisi na włosku. Rozstanie United z Amorimem nastąpiło 24 godziny później.

Ruben Amorim: ocena bohatera

Co poszło nie tak? Przede wszystkim gra zespołu nie dostarczyła jednoznacznej odpowiedzi na powracające wątpliwości wokół formacji, na zasadzie: „tak, może i gramy trójką z tyłu, ale potrafimy przejmować inicjatywę na boisku, znajdować rozwiązania w ataku, a w grze bez piłki stosować odpowiedni pressing i nie dopuszczać rywali do tworzenia sobie dobrych szans”.

A przecież Amorim nie dość, że zachował posadę po kompromitującym finiszu ubiegłego sezonu, to jeszcze miał coś, o czym menedżerowie zespołów występujących w europejskich pucharach mogą tylko pomarzyć: komfort grania raz w tygodniu, co przekłada się na możliwość realnej pracy nad taktyką w ośrodku treningowym.

Gdyby spojrzeć na samą liczbę strzelonych goli, można byłoby dojść do wniosku, że z United wcale nie było tak źle. Pod tym względem „Czerwone Diabły” ustępują w obecnym sezonie tylko Arsenalowi i Manchesterowi City. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że tych trafień powinno być więcej. Potwierdza to zarówno współczynnik goli oczekiwanych (xG), przewyższający realnie zdobyte bramki, jak i niska skuteczność United w wykańczaniu akcji. Licząc stosunek strzałów celnych do goli, znajdziemy ich na dalekim, 16. miejscu w ligowej stawce.

W przypadku ekipy z Old Trafford wyświechtany frazes „gdyby tylko wykorzystywali szanse…” trzeba uzupełnić „...i tak często nie wpuszczali rywali pod własną bramkę”. 14. lokata w lidze pod względem oczekiwanych goli przeciwko (xGA) świadczy o tym, że przeciwnicy United kreowali sporo jakościowych okazji. W dodatku byli bardzo skuteczni w ich wykorzystywaniu. Przełożyło się to na zawstydzającą liczbę ledwie dwóch (!) czystych kont w 20 kolejkach Premier League (oba w meczach domowych).

Choć eksperci wielokrotnie powtarzali, że United potrzebują wzmocnień w środku pola, latem niemal wszystkie fundusze wydano na atakujących. Według najnowszych doniesień – odbyło się to z aprobatą Amorima. Z informacji napływających z Anglii wynika jednak, że portugalski szkoleniowiec liczył na ściągnięcie środkowego pomocnika w styczniowym okienku. Klub wolał czekać do lata.

Nowy podział obowiązków

I tutaj pojawia się drugi, równie istotny powód rozstania z Amorimem. Portugalczyk po spotkaniu z Leeds zakłamywał rzeczywistość. Oficjalnie pełnił bowiem funkcję trenera (head coach), a nie menedżera (manager). Co intrygujące, Amorim był zaledwie drugim head coachem w całej historii United! Zmiana ta miała odzwierciedlać transformację klubu i zerwanie z ciążącym na kolejnych menedżerach brzemieniem Sir Alexa Fergusona, który spinał wszechwładzę w sprawach transferowych z odnoszeniem sukcesów na boisku.

W nowym modelu zaproponowanym przez INEOS trener jest od trenowania, a dyrektor sportowy – od wyznaczania idei przewodniej i planowania kadry. Tylko… czy aby na pewno był? Pojawiające się wiarygodne informacje na temat prób przekonywania Amorima przez Wilcoxa, a nawet Ratcliffe’a, by porzucił grę trójką z tyłu na rzecz innej formacji, zakrawają na absurd. Wszyscy decydenci z Old Trafford zdawali sobie sprawę, że zatrudniają szkoleniowca, który jest nieelastyczny taktycznie i wierny formacji 3-4-3. Dlaczego więc zakładali, że zmieni ustawienie i zacznie grać w sposób, który jest mu obcy? Tutaj wracamy do początku opowieści. Przypominamy, że to studium przypadku nosi tytuł: „jak nie zarządzać klubem piłkarskim”.

Manchester United: nowy-stary strażak na pokładzie

Misję uratowania sezonu powierzono Michaelowi Carrickowi, byłemu piłkarzowi United, a do niedawna menedżerowi Middlesbrough. To nie pierwszy raz, gdy na ratunek „Czerwonym Diabłom” po zwolnieniu menedżera/trenera spieszy ich były piłkarz. Carrick zresztą pełnił już funkcję strażaka w klubie z Old Trafford, przez trzy mecze jesienią 2021 roku. Teraz otrzymał kontrakt do końca rozgrywek.

W drugim podejściu Anglik przejął zespół z rąk… swojego kumpla z boiska – Darrena Fletchera, który pożaru po Amorimie nie ugasił. Najpierw zremisował wyjazdowy mecz ligowy z beniaminkiem z Burnley, a następnie odpadł z Pucharu Anglii po domowym meczu z Brighton. I to pomimo porzucenia gry trójką z tyłu na rzecz klasycznej czwórki obrońców. Brak efektu nowej miotły pozwala więc sugerować, że problemy United wykraczają dalece poza postać trenera/menedżera.

W stronę DNA United czy Manchester United w stronę dna

To o tyle istotne, że w angielskiej debacie co rusz powracają apele o potrzebie powrotu do „DNA Manchesteru United”. Według Gary’ego Neville’a, kolejnej legendy z Old Trafford, a obecnie eksperta telewizji Sky Sports, elementami tego DNA są: odważny i ekscytujący styl gry, stawianie na młodych piłkarzy oraz dawanie rozrywki publiczności. Neville konkludował: „United muszą podejmować ryzyko, mieć odwagę, by prezentować ofensywny, agresywny futbol”.

Za tymi hasłami kryje się, oczywiście, chęć powrotu do czasów Sir Alexa, obfitujących w trofea. To również jeden z powodów, dla których rolę strażaków na Old Trafford odgrywają byli piłkarze legendarnego Szkota. Wszak znają to DNA z autopsji. Zasadne wydaje się jednak pytanie, czy w trzeciej dekadzie XXI wieku, przy takim zaawansowaniu taktycznym futbolu, składowe owego mitycznego DNA są wystarczające, by w długofalowej perspektywie zapewnić sobie ciąg sukcesów. W pewnym sensie część odpowiedzi otrzymał już Sir Alex, przegrywając dwa finały Ligi Mistrzów z Barceloną w 2009 i 2011 roku i nazywając ówczesną ekipę Pepa Guardioli najlepszą, z jaką kiedykolwiek się mierzył.

Inna sprawa, że po przejściu szkockiego menedżera na emeryturę (a miało to miejsce w 2013 roku), w DNA Manchesteru United nastąpiło już tak wiele mutacji, że powrót do „ustawień fabrycznych” wydaje się wręcz niemożliwy. Paradoksalnie, poszukiwanie DNA United może więc prowadzić klub w stronę… dna. Rzecz jasna, metaforycznego. Drużynie nie grozi spadek, ale poprzez „popisy” z ostatnich lat naraża się na bycie pośmiewiskiem. A to dla dawnego hegemona i jego kibiców nie do pomyślenia.

Michaela Carricka misja (nie)możliwa

Trudno jednak nie sympatyzować z Michaelem Carrickiem. Tym bardziej że na start czekają go domowe derby z Manchesterem City (transmisja w sobotę o 13:25 w CANAL+Extra 1 i serwisie streamingowym CANAL+) i wyjazd na mecz z Arsenalem. Anglik ma zakończyć sezon w strefie dającej awans do Ligi Mistrzów. Niewykluczone, że tak jak w ubiegłym sezonie wystarczy do tego piąte miejsce. Po 21 kolejkach sezonu strata United do piątego Brentfordu wynosi tylko punkt, do czwartego Liverpoolu – trzy. Champions League jest zatem w zasięgu. Trzeba jednak liczyć się z konkurencją, która ma podobne cele – zaliczamy do niej również Newcastle oraz Chelsea.

W przeciwieństwie do rywali United do końca sezonu rozegrają tylko 17 meczów (wszystkie w lidze). Carrick będzie więc miał czas na spokojne trenowanie, a jego piłkarze nie powinni doświadczać przemęczenia. Jak pokazał przypadek Amorima, samo w sobie nie gwarantuje to sukcesu. Carrick jednak będzie mógł liczyć na wsparcie bardzo doświadczonego asystenta. Steve Holland pracował w reprezentacji Anglii z Southgate’em, a wcześniej przez wiele lat wspierał menedżerów Chelsea. O wysoki poziom zajęć w ośrodku treningowym można więc być spokojnym.

Pytanie, jaki futbol będzie proponował zespół Carricka, pozostaje otwarte. Jego Middlesbrough na poziomie Championship potrafiło zarówno zachwycać, jak i frustrować. Anglik preferuje styl oparty na tworzeniu szans poprzez posiadanie, ale nieobce są mu również wysoki pressing i szybkie ataki. Eksperci na Wyspach podkreślają jednak, że Boro Carricka albo wygrywało ładnie, albo nie wygrywało wcale, tracąc gole po kontrach i marnując kolejne okazje.

Manchester United: co dalej?

Najbliższe cztery miesiące pozwolą określić kierunek, w jakim zmierza klub z Old Trafford. W najbardziej optymistycznym wariancie styl gry i wyniki osiągane przez Carricka staną się podstawą rozwoju na kolejne sezony. Potencjalny sukces angielskiego trenera mógłby zapewnić mu albo stały angaż, albo wydatnie pomóc we właściwym sprofilowaniu jego następcy. Z perspektywy kilku ostatnich lat, przypominałoby to trochę prawidłowe rozwiązanie równania poprzez wykonanie niewłaściwych obliczeń.

Z kolei w wariancie arcypesymistycznym United Carricka przepadną zarówno pod względem taktyki, jak i wyników. W takim przypadku lato 2026 upłynie pod znakiem ponownego określania tożsamości klubu przez jego zarządców. I poszukiwania specjalisty, który podejmie się kolejnej misji odbudowy zespołu z czerwonej części Manchesteru. I tym razem już na pewno się uda… prawda?

Udostępnij

Już przeczytane? Daj znać co myślisz o tym artykule!

Komentując akceptujesz regulamin.

GośćZmień
0/500