La Liga jak Ekstraklasa. Podsumowanie szalonego sezonu

La Liga jak Ekstraklasa. Podsumowanie szalonego sezonu

1 czerwca 2026

Miał być czas wielkiego Realu, była dominacja Barcelony. La Liga była emocjonująca, choć równała w dół. Oto autorskie podsumowanie sezonu.

Taniej w tym sezonie dostać się do pucharów, niż obronić się przed spadkiem/ Ta sentencja powtarzana przez połowę trenerów w La Liga najlepiej oddaje sezon, który będzie długo wspominany nie tylko w Hiszpanii. Sezon, który niestety potwierdził, że Primera Division raczej równa w dół niż do góry. Przy całym szacunku dla Pepe Bordalasa, który po raz kolejny udowodnił, jak dobrym, choć dla niektórych „niestety dobrym” jest trenerem. Getafe, awansując do pucharów, udowodniło tylko, jak niewiele trzeba by reprezentować Hiszpanię w europejskich pucharach. W których następnie leją ją takie potęgi jak Braga i Freiburg.

Podsumowanie sezonu La Liga: płaska jak nigdy

Między siódmym Getafe a spadkową Majorką było tylko dziewięć punktów różnicy. Można to oczywiście interpretować, że spadkowicze mieli dużo jakości i spadli pechowo, skoro taki dziesiąty Sociedad miał nad Majorką czy Gironą odpowiednio cztery i pięć punktów. Jest w tym trochę racji. Można bowiem założyć, że gdyby Majorka wcześniej zatrudniła Martina Demichelisa, a Girona po kontuzji Władymira Vanata miała choćby jednego napastnika zdolnego grać na odpowiednim poziomie w całym meczu, to by nie spadły. Słowo „gdyby” w futbolu powinno jednak być zakazane. Jest tak, jak zadecydowali panowie w marynarkach. Teraz piją piwo, które nawarzyli. Prawdą jest jednak też to, że taka Sevilla, Levante czy Alaves w niczym lepsze w przekroju całego sezonu nie były. No dobra, te dwie ostatnie miały napastników.

Baskijski kryzys

Słabość ligi, czy może raczej równanie w dół, można różnie mierzyć. Ja mierzę je po baskijsku. Dla mnie często probierzem jest forma baskijskich „gigantów”. W ostatnich latach to oni budowali wartość dodaną ligi. Niestety, w tym ich dokonania, poziom prezentowany na boisku, był gigantycznym rozczarowaniem. Dla Athleticu podobnie jak rok wcześniej dla Girony, Liga Mistrzów okazała się, cytując klasyka z Polski, „pocałunkiem śmierci”. Dla Sociedad chyba też, choć Txuri-Urdin byli w niej ponad dwa lata temu.

Obie ekipy dotknął jednak ten sam problem zwany w Hiszpanii „fin de ciclo”, czyli koniec cyklu. Zarówno Ernesto Valverde, jak i Imanol Alguacil wycisnęli swoje projekty do ostatniej kropli. Ten pierwszy pewnie z tego powodu powiedział adios w maju, drugi spasował rok temu. To też pokazuje, że mimo mądrości, rozsądku, stabilizacji w budowaniu klubów, jeśli nie masz dużo kasy, nie możesz iść w ślady Atletico i być w czubie rok po roku. Owszem możesz pójść na całość i skończyć jak Sevilla, ale to droga donikąd. Bo nie każdy przecież ma supermena w postaci Sergio Ramosa.

Podsumowanie sezonu La Liga: dobry czas Villarrealu

Na tym tle chwalebnym przykładem jest klub rodzinny z miasta glazury i armatury, czyli Villarreal. Klan Roigów po raz kolejny udowodnił, że w piłkę potrafi jak mało kto, a przecież szybów naftowych nad Zatoką nie mają. Co prawda Villarreal zbłaźnił się w krajowych i europejskich pucharach, ale przynajmniej w lidze zrobił kawał dobrej roboty, pozwalający odkuć się w kolejnym roku.

Grogets soje miejsce w szeregu jednak znają i nie rzucą się z motyką na słońce, bo znają swoje limity nie tylko finansowe. Mimo awansu do kolejnej edycji Ligi Mistrzów już zapowiedzieli zaciskanie pasa, bo ich rekordowe transfery w dwóch ostatnich latach nie przełożyły się na spodziewany pucharowy sukces. Roigowie wiedzą, że w stabilizacji najlepiej pomaga, by do pucharów awansować co roku i zgarniać za to smaczną sumkę, niekoniecznie jednak co roku stawiać puchar w muzealnej witrynie. Inna sprawa, że porażki z Pafos, Kopenhagą czy styl gry w meczach z BVB, czy Bayerem to powód do sporego wstydu. Zwłaszcza po czasach Unaia Emery’ego.

Sufit Betisu

Do Ligi Mistrzów dzięki piątej — znów biorącej — lokacie awansował Betis. Zielona strona miasta wreszcie po latach w totalnym cieniu Sevilli może zatriumfować. Jest jednak pewne „ale”. Do tamtej Sevilli Betis, jak to się mówi po młodzieżowemu, podjazdu nie ma. To przepaść, co wykazała w kwietniu Braga. Niby na papierze to całkiem sensowny zespół, trener ze światowego topu. Ale gdy oglądasz mecze Betisu, wiesz, że ich sufit nadal zawieszony jest blisko głów nawet takich gwiazd, jak Antony czy Abde. Inżynier co roku dokłada coś do tej klejonej za skromne środki budowli, ale obawiam się, że zderzenie z europejską elitą zaboli mocno kibiców z La Cartuja.

Szalona Celta

Ten sezon był „crazy”, ale na miano „the craziest” zasługuje Celta. Najpierw popadła w ciąg remisów jeden do jednego. Potem biła historyczne rekordy w seryjnym wygrywaniu w delegacji, równocześnie nie potrafiąc sięgnąć aż do połowy grudnia po trzy punkty w domu. Gdy już wyrównali jako tako lot, w decydującym momencie sezonu zupełnie zabrakło im paliwa w baku. Ostatecznie zrobili swoje. Jeśli jednak na mecie rozrywek jesteś trzecią siłą w delegacji, a dziewiętnastą – tak, dziewiętnastą — w domu, jest to jakieś kuriozum. Mimo to, odkąd pani Marian Mourinho przejęła stery z rąk coraz bardziej nieobliczalnego ojca (swoją drogą bez niego Celta pewnie dawno skończyłaby, jak Saragossa i Depor), w Vigo dzieje się tylko dobrze. „Swój” trener czerpiący garściami z rezerw. Wiecznie młody Iago Aspas i kilku sensownych obcokrajowców.

Celta jest sexy. Gra fajnie w piłkę i tak jak kiedyś, potrafi postraszyć, a nawet ograć wielkich. I to na ich stadionach (Real plus Atletico). Galisyjczycy to jedna z niewielu dobrych wiadomości ostatnich dwóch lat. Niestety, tego samego nie da się powiedzieć o Valencii i Espanyolu. Nietoperze zaliczyły kolejny sezon do zapomnienia pełen turbulencji. To, że niby do ostatniej kolejki miały pucharowe szanse, świadczy tylko o zakończonym sezonie. Co do Espanyolu, w sumie nie wiem co napisać. W ich przypadku tylko ręce opadają.

Rozczarowujące Atletico

Na koniec zostawiłem trzech gigantów. Jeśli wydajesz od kilku sezonów na transfery kasę porównywalną do czołówki Premier League, nie możesz wypisywać się z ligi od połowy lutego. A to właśnie zrobiło Atletico. Przy całym szacunku dla dorobku Diego Simeone, mam coraz mniej argumentów, by bronić tego trenera. Jak Atletico wypada na tle Barcy, która ostatnio groszem nie śmierdziała, a zagrała kapitalny sezon, opierając się w dużym stopniu na wychowankach. Jak porównać robotę Hansiego Flicka, do pracy Argentyńczyka. Nawet jeśli Atletico odesłało Barcę z kwitkiem z obu pucharów (decydowały detale), na ligowym poziomie to jest przepaść. Podobnie jak przepaścią była forma Alvareza w lidze i pucharach. Nowy dyrektor zarządzający Mateu Alemany też ma chyba coraz mniej przekonania, że po Cholo tylko potop. Jeśli w kolejnym sezonie Rojiblancos znów się wyłożą w lidze w połowie sezonu, zakładam, że Wielka Era Cholismo toca a sun fin (zakończy się).

Podsumowanie sezonu La Liga: dominacja, mimo problemów

Wracając na moment do Barcy, warto podkreślić, że mimo problemów zdrowotnych gwiazd pokroju Raphinhii, Yamala, Gaviego czy de Jonga zespół ten nie złapał żadnej dłuższej zadyszki. Rekordowy komplet punktów u siebie jest kropką nad i ligowej wielkości Barcy. Dwa lata temu wydawało się, że czeka nas dłuższa era Wielkiego Realu. W tym czasie jednak zepsuło się w białej części Madrytu wszystko, co mogło.

Madryckie przedszkole

To niewiarygodne, jak po zejściu ze sceny ostatnich senatorów, zespół zaczął wewnętrznie gnić. Słynne słowa o przedszkolu są idealną puentą tego, co działo się w Valdebebas. Od 2:5 na Metropolitano do całkowitej degrengolady na Camp Nou. 10 miesięcy rozczarowań, w których z mojego osobistego punktu widzenia największą tragedią był ostatni sezon Daniego Carvajala. Kontuzje kontuzjami. Ale to, jak potraktowano sportowo kapitana Realu, jak zamknięto mu drogę na mundial, stawiając na momentami żenująco słabego Trenta, jest najlepszym świadectwem upadku tego projektu. Xabi Alonso nie pasował akurat do tego Realu, ale Alvaro Arbeloa stał się karykaturą trenera Królewskich. Te jego absurdalne konferencje prasowe, będące mieszanką wystrzeliwanych werbalnych pustaków i masochistycznego samobiczowania, zemdliły nawet największych fanów Realu. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że w kolejnym sezonie będzie lepiej. A wiemy, że lepiej dla Realu oznaczać może tylko mistrzostwo. Miała być era Wielkiego Realu, jest czas Wielkiej Barcy.

Podsumowanie sezonu La Liga: wielkie Elche

I na koniec odrobinę prywaty. O tym klubie zawsze mówiło się mało albo wcale i faktycznie rzadko zasługiwał na rozgłos. Odkąd Elche przejął Jorge Mendes Ameryki Południowej - Christian Bragarnik - trzymałem kciuki za sukces tego powiedzmy niestandardowego projektu. Niestety, zawód gonił zawód aż do zaskakującego spadku.

Gdy po dwóch latach wrócili, widzę, że hasło: uczyć się na błędach nie jest pustym frazesem. Owszem, obronili się rzutem na taśmę, ale na grę Elche patrzyło się z dużą przyjemnością. Zdrowa sytuacja finansowa, ambitne plany rozwoju klubu z podobno najlepszego do życia miasta w Hiszpanii przekonują, by dalej trzymać za nich kciuki. Tylko wielka szkoda, że już bez Edera Sarabii, który mimo ważnego jeszcze rok kontraktu, zrezygnował podobno z osobistych powodów. Niestety. Na koniec sezonu wybiera się tzw. jedenastki sezonu. Ja tym razem zaproponuję fanom La Liga taką trochę nieoczywistą bez Yamalów czy Moleirów. Zacznę od Febasa z Elche. Mamy jeszcze dziesięć nazwisk. Dobrej zabawy.

Udostępnij

Już przeczytane? Daj znać co myślisz o tym artykule!

Komentując akceptujesz regulamin.

GośćZmień
0/500