
Ledwie pół roku po zatrudnieniu Xabi Alonso został zwolniony z Realu Madryt. Jego odejście nie oznacza jednak końca kłopotów Królewskich.
Nowy styl, skoordynowany pressing, gra solidarna całego zespołu, znakomite wprowadzanie do drużyny nowych młodych graczy. Takie komplementy spadały na Xabiego Alonso, gdy na przełomie sierpnia i września Real Madryt wygrywał seryjnie. Trener, którego losy w Bayerze Leverkusen interesowały niektórych madryckich dziennikarzy bardziej niż w owym czasie wyniki Realu Carlo Ancelottiego, miał niczym chłodny, fachowy magik przejąć gnijącą spuściznę po Włochu i w trybie ekspresowym przywrócić Real na należne mu miejsce. Czyli pierwsze. Żadne inne nie jest godne królewskiej armady.
Zaledwie cztery miesiące po tamtych ochach i achach Alonso dostał wilczy bilet. Ten Alonso, którego wyczekiwano niczym Mesjasza, gdy Don Carlo wygrywał wszystko z Realem. Niebywałe. Potraktowany jak Rafa Benitez, który pasował do Realu jak śnieg do lata. Jak to możliwe?
Gdy dzień po przegranym finale Superpucharu Hiszpanii gruchnęła sensacyjna wiadomość, od razu pojawiło się wśród dziennikarzy porównanie meczów Hansiego Flicka z poprzedniego sezonu z aktualnym Baska. I co? Remis. Bilans identyczny. Jak więc można zwolnić człowieka, który szedł śladami Niemca? Tyle że nawet dziecko wie o słynnym porzekadle: jest prawda, g… prawda i statystyka. Niestety, w przypadku Xabiego to powiedzenie pasuje jak ulał.
Może i Baska z Niemcem łączą pewne liczby, ale ich kontekst jest inny. To, że Real przegra, nie jest problemem. A niech przegra z Rayo czy Celtą. Byle nie przegrał z kimś z topu, bo to jest realna miara siły zespołu a dalej klubu, dla którego liczy się przede wszystkim wygrywanie z gigantami w Lidze Mistrzów. Tymczasem Real poza pokonaniem poważnie osłabionej Barcy w ligowym klasyku, przegrał wszystkie inne tego typu mecze. Atletico w lidze. Liverpool i City w LM. Wreszcie Barca w ostatnią niedzielę. Do tego owszem triumf nad ekipą Cholo w półfinale. Ale w jakim stylu? Koszmarnym, w którym wszystkie statystyki były wyraźnie na korzyść Los Colchoneros.
Florentino Perez, oglądający finałowe zmagania na żywo ze stadionu, mógł z przerażeniem skonstatować, że jego warta pewnie grubo ponad miliard euro piłkarska zabawka przypomina na boisku wyliniałego, wystraszonego kota, który może owszem ma jeszcze pazurki, ale siły do atakowania nie za wiele. Efekt – koncepcja głęboko schowanego do kąta Realu, który głównie odganiał nadlatujące barcelońskie dobermany.
Oczywiście, ktoś w tym miejscu może wypomnieć, że przecież Real miał sytuacje, piłki meczowe itd. Ale prawda jest taka, że Real nie miał „presencii”. A ta „presencia” jest dla Realu obowiązkiem. Real nie może grać z Barcą, jak Sevilla, Valencia, czy, nie daj Boże, Oviedo. Gdyby jeszcze na tym wątpliwej jakości paliwie robił wyniki i podnosił trofea pal licho. Jakoś Perez i jego akolici przełknęliby ten nieatrakcyjny despekt. Ale... nie ma nic.
Nie siedzę w szatni Realu. Przyjmuje sensacyjne doniesienia o fochach chyba już połowy zespołu z przymrużeniem oka. Ale zbyt wiele rzeczy nie zgadzało się w ostatnich miesiącach, by uznać, że w Valdebebas toczyło się sielankowe życie. Real bazował na dwóch wierzchołkach – u dołu jak zwykle był Thibaut Courtois, u góry Kylian Mbappe. I niewiele więcej. Z różnych przyczyn w wielu innych miejscach problemy się piętrzyły.
To nie miejsce na analityczne omówienie wszystkiego, ale o wyliczankę można się pokusić. Pomór w obronie, a zwłaszcza brak Daniego Carvajala, który dla Realu jest mózgiem i sercem. Regres formy gwiazd z Viniciusem i Judem Bellinghamem na czele. Niewystarczająco jakościowa linia środkowa, gdzie każdy z następców Wielkiego Trio: Casemiro – Kross – Modrić jest, jeśli nie lata świetlne to i tak daleko od umiejętności Senatorów Realu. Co gorsza, tak chwaleni na początku sezonu młodzi, jak Dean Huijsen, Alvaro Carreras, a zwłaszcza Franco Mastantuono radykalnie obniżyli loty.
Zwłaszcza przypadek tego ostatniego jest zastanawiający, a kontuzja nie do końca go tłumaczy. O Endricku nawet nie ma co wspominać. Realowi poza Carvajalem brakuje też, a może przede wszystkim lidera z prawdziwego zdarzenia. Nie odgrywali tej roli i nie mają do tego osobowości Fede Valverde, Aurelien Tchouameni, czy nawet Antonio Rudiger. Niemiec owszem jest piłkarzem charyzmatycznym, często nawet szalonym, ale w swoim świecie starć z rywalami. Nie przekłada się to na zespół. Tymczasem Bellingham czy Vini skupieni są zwłaszcza na sobie i choć Anglik pewnie miałby do tej roli smykałkę, to jest pod wieloma względami nie do poznania w stosunku do wybitnych początków na Bernabeu.
Jeśli faktycznie po meczu finałowym piłkarze Realu zlekceważyli apele trenera o ustawienie szpaleru dla zwycięzców, to jest to problem. Ale nie dla Alonso, lecz dla Realu. Piłkarze tego klubu od dawna grają, co chcą i kiedy chcą. Często sami wybierali sobie rozgrywki warte ich uwagi. Dla przykładu w erze Zinedine’a Zidane’a Cristiano Ronaldo z kolegami wygrywali seryjnie Ligę Mistrzów, równocześnie kończąc sezon ligowy z 17-punktową stratą do Barcelony.
Ostatnim trenerem, który próbował narzucić rządy gwiazdom, był Benitez. Wiemy, z jakim skutkiem. Podobną strategię przyjął Julen Lopetegui i też poległ z kretesem. Wtedy jednak zawsze pojawiał się jakiś magiczny Papa. Raz nazywał się Zidane, innym razem Ancelotti. Niemniej i oni na pewnym etapie pracy tracili szatnię, choć wszystko odbywało się jednak w białych rękawiczkach. Alonso być może przetrwałby jeszcze jedną burzę. Tyle że nie miał za sobą mocnych argumentów z przeszłości. Owszem z Bayerem dokonał małego cudu w Bundeslidze, ale finał Ligi Europy z Atalantą przegrał z kretesem. Podobnie jak i dwumecz z Bayernem w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. To nie są dobre przesłanki. Wszak Real nie zwykł przegrywać finałów. Za dużo minusów i niewiele plusów.
Real, a właściwie Perez, chciałby pewnie Jurgena Kloppa. Prezes widzi, kim dla Barcy stał się Flick. Rywalizacja niemiecka dostarczyłaby całemu światu nowych, nie tylko piłkarskich podniet. Poza tym Klopp wie, jak wydobywa się wielkie marki z permanentnej niemocy. Na razie jednak wybór padł na Alvaro Arbeloę, wychowanka Realu, piłkarza, który dzielił szatnie z Alonso w Liverpoolu i potem w Realu, niekwestionowanego Madridistę i… trenerskiego anonima. Pracował do tej pory tylko z juniorami Realu. Zbierał bardzo pochlebne recenzje, ale czy ma szansę zostać madryckim Guardiolą? Ivan Helguera, przed laty znakomity pomocnik Realu, wybór Arbeloi podsumował szyderczymi uśmiechami. Być może Alvaro wkrótce odpowie mu sławetnym: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni… Być może…
Komentując akceptujesz regulamin.