Serial „Byłem królem” nie mógł się obejść bez czołowej postaci XXI wieku. Czas poznać lepiej Macieja Żurawskiego.

Spis treści
  • Serial "Byłem królem": śladami van Bastena
  • Nieznany epizod
  • Serial "Byłem królem: Żuraw wśród gwiazd
  • Na podbój Wysp
  • Serial "Byłem królem": turniejowy niedosyt

Mógł wyczynowo pływać kraulem, żabką, motylkiem, a nawet na plecach. Uczył się bowiem w szkole sportowej, w której lekcje wychowania fizycznego znacznie częściej odbywały się na basenie niż w sali gimnastycznej, czy na piłkarskim boisku. W dzieciństwie straszy brat Adam zaraził go też pasją do rajdów motocyklowych, które namiętnie oglądał w telewizji, z czasem kibicując już tylko jednemu czempionowi, Valentino Rossiemu, wielokrotnemu włoskiemu mistrzowi świata. A zimą, w górach, szusował z powodzeniem na nartach.

Serial "Byłem królem": śladami van Bastena

Ale chyba dobrze, że Maciej Żurawski wybrał ostatecznie inną dyscyplinę sportu. Między innymi za sprawą taty Andrzeja, który trenował piłkarzy Warty Poznań – postawił na futbol. Wprawdzie do Marco van Bastena, holenderskiego snajpera i idola z młodości, trochę mu jednak zabrakło, ale – jak mówią o Maćku w kolejnym odcinku serialu „Byłem królem” jego koledzy z boiska – „Żuraw? To był naprawdę kawał piłkarza”.

Dwukrotny król strzelców polskiej ekstraklasy rozpoczynał na boku pomocy. Tam właśnie najchętniej ustawiali go kolejni trenerzy Warty. Choć Andrzej Żurawski pamięta, że jeszcze w juniorach jego syn potrafił w wygranym 7:0 meczu zdobyć wszystkie siedem bramek.

Nieznany epizod

Z Warty, używając piłkarskiej miarki, najbliżej jest do Lecha. I rzeczywiście „Żuraw”, robiący systematyczne postępy, trafił do „Kolejorza”. Tyle, że droga do klubu z ul. Bułgarskiej prowadziła przez… Opał Lubosz, występujący w A-klasie. Skąd w karierze piłkarza pojawił się taki dziwaczny przystanek? Otóż kartę zawodniczą Żurawskiego wykupił Krzysztof Sieja. Prezesujący wówczas Opałowi poznański biznesmen bardzo szybko i za duże pieniądze, najpierw wypożyczył, a później sprzedał wychowanka Warty do Lecha. Tam utalentowany zawodnik zaprzyjaźnił się – na boisku i poza nim – z Piotrem Reissem. Pod wodzą trenera Adama Topolskiego, który zobaczył w „Żurawiu” napastnika, obaj stworzyli duet snajperów, przed którym respekt mieli najlepsi obrońcy i bramkarze ekstraklasy.

Ale pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia w Lech nie należał do futbolowych krezusów. Jego działacze, by zapewnić funkcjonowanie klubu na ekstraklasowym poziomie musieli sprzedawać najlepszych zawodników. We wrześniu 1998 r. taki los spotkał Żurawskiego, który jednak wcale nie palił się do przeprowadzki do Krakowa. Natomiast jego tata, z perspektywy czasu, ocenia, że wtedy nic lepszego Maćkowi nie mogło się przytrafić. Bo w Wiśle, za pieniądze Bogusława Cupiała, powstawał wówczas zespół, który chciał zawojować nie tylko polską ligę, ale także walczyć z powodzeniem w europejskich pucharach.

Serial "Byłem królem: Żuraw wśród gwiazd

Do szatni „Białej Gwiazdy” zaprosił Żurawskiego trener Franciszek Smuda. Tytuły mistrza Polski – w trakcie pierwszej przygody z Wisłą – zdobywał jednak napastnik, który z czasem również kapitanował drużynie, także z Henrykiem Kasperczakiem, Adamem Nawałką i Wernerem Liczką.  A snajperski superduet „Maciej Żurawski – Tomasz Frankowski, czy jak kto woli „Żuraw, władca muraw” i „Franek, łowca bramek” dokładnymi podaniami obsługiwali z lewego i prawego skrzydła, ze środka pomocy i z boków obrony tacy fachowcy jak Kamil Kosowski, Mirosław Szymkowiak, Jakub Błaszczykowski, Marek Zieńczuk, Mauro Cantoro czy Marcin Baszczyński.

Wisła zdobywała tytuły, a „Franek” i „Żuraw” dzielili się koroną króla strzelców… A raz w Katowicach w meczu z GKS-em strzelił Żurawski pięć goli. Gdyby Smuda nie zdjął go z boiska kwadrans przed końcem, pewnie na Bukowej padłoby co najmniej pół tuzina bramek autorstwa „Żurawia”.

Na podbój Wysp

A jak spisywał się Żurawski w konfrontacji z zagranicznymi rywalami? Na pierwszy rzut oka ten bilans wygląda całkiem, całkiem. W europejskich pucharach strzelał dla „Białej Gwiazdy” gole tak znamienitym rywalom jak Inter Mediolan, AC Parma, Lazio, Schalke 04 czy Anderlecht. Tyle że z Wisłą – czego pragnął – nigdy do Ligi Mistrzów nie awansował.

Gdy za trzy miliony euro Wisła sprzedała go do Celticu, już w pierwszym sezonie błyszczał w Scottish Premiership. Zdobył zwycięską bramkę w wyjazdowych derbach z Rangers na Ibrox. W meczu z Dunfermline trafił do siatki aż cztery razy. Sięgał też z „The Bhoys” trzy razy po mistrzostwo Szkocji, ale starania o bramkę w Champions League spełzły na niczym.

Serial "Byłem królem": turniejowy niedosyt

Z reprezentacją Polski wystąpił dwa razy w finałach mistrzostw świata i raz w finałach Euro. Ale – co sam w filmie nazywa zawstydzającą statystyką – gola na wielkiej imprezie strzelić nie umiał. A mając opinię perfekcyjnie wykonującego rzuty karne, koncertowo zmarnował jedenastkę w meczu z USA na koreańsko-japońskim mundialu.

Po powrocie z zagranicznych wojaży (oprócz występów w Celticu, wywalczył awans do europejskich pucharów z grecką Larissą i zdobył mistrzostwo Cypru z Omonią Nikozja) raz jeszcze spróbował szczęścia w klubie, w którym święcił największe triumfy. Ale jego ostatni, piąty tytuł mistrza Polski miał słodko-gorzki smak. Bo holenderski trener Robert Maaskant nie widział już w „Żurawiu” głównodowodzącego zespołem. Traktował go raczej jako dobrego ducha w szatni, ale na już boisku tylko jako uzupełnienie składu. I dlatego, w wieku 34 lat Maciej Żurawski zakończył bogatą w sukcesy karierę. Ale jak mówią jednym głosem jego koledzy z serialu „Byłem królem”, zrobił to za wcześnie, dużo za wcześnie.

Udostępnij

Już przeczytane? Daj znać co myślisz o tym artykule!

Komentując akceptujesz regulamin.

GośćZmień
0/500
hejka