Oglądasz polskich artystów czy zagraniczne gwiazdy? A może wolisz kino spoza głównego nurtu, festiwalowe odkrycia lub inne produkcje na konkretny temat? Mamy to wszystko w ofercie CANAL+!

„Polskie kino potrzebuje więcej chorego gówna!” – krzyknął do mnie kolega krytyk, kiedy stałem przy barze w hallu hotelu Mercure, imprezowym centrum festiwalu w Gdyni. Komentarz dotyczył reżyserskiego debiutu Agaty Trzebuchowskiej, o deklaratywnym tytule „SICK”. Tak zwane „chore gówno”, wyjaśniam na użytek niezaznajomionych ze slangiem podstarzałych milenialsów, to kontent dla odbiorców lubiących mocne wrażenia; kontent dosadny, zwichrowany, ekscentryczny. W swoim filmie Trzebuchowska z powodzeniem realizuje założenia nieformalnego nurtu, serwując widzom perwersyjną historię z rodzaju coming of age, która w finale, z gwałtownością uderzenia w twarz, przechodzi w czystej wody horror.
Nie był to jedyny „chory” film w festiwalowym repertuarze. Pod tę kategorię podpadają również poetyckie „Mroki” Bartosza Szyszki, z niezapomnianą sceną gry penisem na pianinie, czy „Òpi” Marty Giec, inna próba zmierzenia się z konwencją grozy, lecz obu tytułom brakuje rzemiosła, aby skutecznie działać na widza. Radykalną wyobraźnią wyróżniał się ponadto „Hot Spot” Agnieszki Smoczyńskiej i Roberta Bolesto, czyli reżysersko-scenariopisarskiego duetu odpowiedzialnego za „Córki dancingu”. Dostajemy w tej dystopii moc pomysłów: Bartosza Konopkę w roli detektywa obnoszącego lateksy i blond fryzurę króla synth popu; syntezatorową melodię „The Final Countdown” niosącą się triumfalnie nad krajobrazami suszy; przeróżne obrzydliwości, od eksplodujących głów po mastektomiczną makabrę; wreszcie nieumotywowane, surrealistyczne przemiany bohatera w tygrysa. Przy tym wszystkim „Hot Spot”, uhonorowany Złotym Pazurem im. Andrzeja Żuławskiego, jest w swoim szaleństwie wystudiowany, sprofesjonalizowany – i z tego powodu ciąży w stronę pretensjonalności.
Piszę tu jednak o wyjątkach, reguła była inna. Trzon festiwalu stanowiły współczesne kino obyczajowe oraz produkcje historyczne; jedno i drugie, wypada zaznaczyć, często szukające nowych języków i ujęć. Oba nurty doczekały się reprezentantów na podium. Srebrne Lwy przyznano „Powiedz mi, co czujesz”, kolejnemu projektowi Łukasza Rondudy poświęconemu postaciom z kręgu art worldu, tym razem Patrykowi Różyckiemu i Karolinie Balcer. Kontekstem dla ich wspólnej historii staje się kultura terapii i postulaty nowej, bardziej otwartej emocjonalności. Efekt jest z premedytacją egzaltowany, czasem w nieznośnym natężeniu. Z kolei Złote Lwy przyznano „Przez ścianę” Macieja Sobieszczańskiego, melodramatowi z czasów stalinowskiego terroru, opartemu na prawdziwym przypadku pary, której związek zaczął się od wystukiwanych w celach wiadomości Morsem. Pierwsza połowa filmu, pełna długich ujęć, kiedy bohaterka zastyga z uchem przy betonie, jest hipnotyzująco minimalistyczna. Jednak jego część druga zmienia się w dość sztampowe kino o walce jednostek z systemem i miłości bez granic.

„Przez ścianę”, ze swoją ważką tematyką i czarno-białą, wysokoartystyczną formą, przywodzi na myśl kino Pawła Pawlikowskiego, w tym roku uhonorowanego reżyserską nagrodą za „Ojczyznę”. Ktoś mógłby spodziewać się czegoś podobnego po debiucie Trzebuchowskiej, której kariera zaczęła się od roli w „Idzie”. Jeśli upatrywać w Pawlikowskim jej filmowego ojca, „SICK” okaże się aktem ojcobójstwa. Już pierwsza scena stawia sprawę jasno: oto nastoletni chłopak stoi w pociągowym kiblu i wyciska pryszcza. Na lustro pryskają krew i ropa, sekundę później widzimy zwieszającą się przez krawędź śmietnika zużytą prezerwatywę. Wydzieliny. Będzie ich tu więcej.
Chłopak przyjeżdża do domku na wsi, aby spędzić lato z nieco starszą siostrą oraz ich babcią. Babcia wydaje się być jedną nogą w grobie, niema i nieruchoma obłazi ze skóry jak wąż zrzucający wylinkę. Za to siostra jest aż nazbyt żywa i z obłąkańczym uśmiechem próbuje uwieść brata. Całe to napięcie – związane ze sferą seksualną i bliskim kontaktem śmierci – eksploduje w finale, w którym film na dobre zmienia się w fantasmagorię, sen o traumach i transgresjach adolescencji.
Zdjęcia Macieja Edelmana są zatłuszczone, nieprzyjemne, brudne, a ich weryzm bywa kontrapunktowany psychodelicznymi wstawkami. „SICK” ma surowy, undergroundowy wygląd. Pozostaje przy tym dziełem świadomym swoich celów i pewnie poprowadzonym. To film, który mógłby się podobać, ale nie chce. W polskim kinie, przypominającym często szkołę, gdzie trwa nierówna walka o stopnie, jest to przypadek zasługujący przynajmniej na szacunek.
Oglądaj „Idę” w serwisie CANAL+.
Przeczytaj o najlepszych starych polskich filmach.
Niniejszy artykuł może zawierać informacje handlowe lub zaproszenie do skorzystania z oferty Usługodawcy lub podmiotów współpracujących. Informacje są aktualne na dzień publikacji, chyba że z treści artykułu wynika inaczej.
Już przeczytane? Daj znać co myślisz o tym artykule!
Komentując akceptujesz regulamin.




